piątek, 19 lutego 2016

relacja ND 15/16



nie czytałem 3ci raz, błędów też nie poprawiam bo ortografia jest przerostem formy : )

Siedzę na łóżku z kompem na kolanach ... godzinami... glowa znowu sie wypelnia medialnym gównem, papką informacyjną ale jeszcze chwile tymu bylo tak czysto, tak blisko sensu istnienia, bezbolesnego trwania w harmonii...
od 2ch dni jestesmy w Pindi, od 2ch dni mamy internet i od 2ch dni łatam w głowie wyrwane przez niepewność dziury... niepewność co dalej, bo w Irlandii wbrew pozorom trzeba czasem pracować zeby przetrwać... a tu po podliczeniu 50dni w Lattabo wisimy jeszcze 5tysi dolców za Shabbira kucharza, Manafa pomocnika, i Abbasa naszego mlodego przewodnika z Tarashing, zaległych porterów, jedzenie w bazie, transport sporotem do Pindi etc... i cieszy i dziwi mnie to ze dopiero wczoraj mowie: "dobra Adaś wyciągaj ten swój notes" i zastanawiam sie jak to możliwe że tyle juz "na kreske" ciągniemy...
Przylecieliśmy 17listopada, 2 tyg spedzilismy na Rakaposhi gdzie bylismy z chlopakami z Hunzy. Safdar zagadał pierwszy na FB a Karim trafił na liste uczestników zarekomendowany przez Małgorzatę (takze przez FB ).  Okazało sie ze Karim dostaje 10tysi pln od portalu gorskiego na wyprawę (przy niewiedzy Safdara) którą w Gilgit ku naszemu zdziwieniu wplaca odrazu do banku... Na Nandze Karim zawija sie po założeniu obozu pierwszego na 5100m, o zdolnosciach wspinaczkowych sie nie wypowiem bo sam jestem amatorem ale na linie juz wole z kamieniem iść... Zafundowalismy chlopakom fajną wycieczke (transport, hotele, porterzy, brat Karima zreszta bardzo fajny byl kucharzem pod Rakaposhi ) i chlopcy sie zawineli... Safar bardzo uczciwy i wzbudzajacy sympatie człowiek płakał jak odchodził (chcielismy zeby został ) dowiedział sie o wszystkim dopiero na sam koniec (jak wrocili po torby do Lattabo ) ... Wczoraj zagadalem na FB do Karima czy zamierza oddac za wycieczke (jego koszta) to ten agresywnie wystawił niemały rachunek za swoje usługi przewodnicze - burak.
koniec o problemach ...
Drużyna sie wstepnie dotarła na Rakaposhi, udało nam sie tam rozgrzać i przespac pare nocy na 5000m. Do Lattabo dotarlismy sprawnie przed poczatkiem zimy i co by pozostac w formie latałem po okolicy z zegarkiem garmina rejestrujac wycieczki (20km nawet w górę doliny). Pierwszego dnia zimy startujemy z rana z ABC (4200m ) prosto do jedynki. Od samego początku do tematu podchodzę z przeświadczeniem że musimy wykorzystać każdą chwilę... Dopóki mam linę to idę do przodu, drogę znam, śniegu mało, samopoczucie wspaniałe, wydolność jest... Idzie szybko bo jest nas trochę, chłopaki noszą te ciężkie setki, każdy uczciwie pracuje nawet Dziku który targa te swoje wielkie aparaty tez nosi liny... Później tymczasowy obóz C1A na 5500m, kolejne wyjście C1B na 5750m i nawet wyjątkowo C1C na 5900m gdzie Pablo i Kudłaty spedzają sylwestra w małej szturmówce... Nastepnego dnia robią super robote i Kudłaty prowadzi ostatnie strome skalne (wyjatkowo bez sniegu) 100m na grań...
mamy grań, cieszymy sie bo idzie szybko koniec roku a my na grani...  A na grani jest juz inaczej, z Alp w Arktyke... Liny leżą do samej grani wiec żeby wrócić wystarczy iść... zupełnie nic wiecej, umysł czysty, godziny lecą, wytrenowane ciało działa, mentalnie na wysiłek sie przygotowałeś dzien wczesniej wiec ci nie przeszkadza jego monotonność, jakbyś płynoł ...
3cie wyjście w góre, bezboleśnie jesteśmy na grani gdzie odkopujemy wejscie do "jaskini zębatego" (naturalnej jaskini lub bardziej dziury -  rozwarstwiona skała z lodem ), lecimy dalej poręczować, dalej prowadzę, nie daje znać po sobie że troche boje sie odcinka gdzie odpadłem 3 lata wcześniej ale tym razem nie robie tego samego błedu i nie biore tak wielkiego plecaka jak wtedy, cieżki odcinek pęka, liny do 6200 są faktem i jak nam sie wydaje zostaje do zrobienia "garb" i  otwarta droga do C3... Mimo startu przed wschodem słońca dnia nastepnego przed "garbem" zatrzymuje nas wiatr, okopujemy sie ale robi sie źle wiec w ostatniej chwili zostawiamy depozyt i uciekamy do "jamy zębatego" ... mija dzień i dalej wieje... siedzimy w 4rke (dziobek, kudlaty, pablo i ja) i zostały 2gazy (reszta gazu wyżej )... 2jka musi zejść... i schodze z Dziobkiem. Powrót na gran jak juz wspomnialem to nie problem, wydaje mi sie ze za 2-3 dni wracam tutaj, ale idzie inaczej. Nastepnego dnia schodza Pablo z Kudłatym... nie mamy wiec 3jki za 3cim wyjsciem ale nie rozpaczam bo forma jest...
No i 4rte wyjście po pierwszych smsowych oznakach pogody... Wychodzimy z Pablo popołudniem dochodzac juz po ciemku do jedynki. Nastepnego dnia wieczorem jestem na koncu poreczowek na 6200 a pablo na "balkonie przed jaskinia" na 6000m, jeszcze tego wieczoru poreczuje "garba" do wyczerpania śrubek. Nastepny dzien niestety chmury i wieje schodze wiec do Pablo, dochodzą Kudłaty i dziobek - znowu wszyscy w jaskini. I dalej jedziemy 4rano pobodka, wachtowy odpala kuchnie... Przed 7dma juz maszerujemy z Pablo grania. W nagrode magia wschodu słońca i energia wszechswiata... niestety po poludniu pogoda siada, 200m poreczy wisi wiecej ale musimy wracac do jaskini... i znow pobudka, ostry start ale tym razem idziemy jak burza i o 14 jestesmy z Pablo w C3...  super radocha bo forma dalej jest... odrazu kopiemy jamę i tu mamy fata bo sie wkopujemy w szczeline i zaczynamy zrywac snieg od wewnątrz (zamiast od zewnątrz przebujajac sie przez jego ubite przez wiatr warstwy )... powstaje spora komnata na 4ry osoby ! Dziobek i Kudlaty sa tu pierwszy raz i moze dlatego docieraja dopiero po ciemku do nas ostro wyziebieni w niezlych podmuchach wiatru... nastepny dzien czlapie z kudlatym na lotnej z depozytem do góry a pablo odkopuje niedaleki depozyt sprzed 2ch lat, Dziobek schodzi. Na 7 klocków docieram zadowolony bez wiekszych problemow bo teren łatwy a forma dalej jest, zostawiamy graty i wracamy do C3 gdzie objadamy sie depozytem (takze czesc wloskiej zywnosci po Szymku ). Kolejny dzien jest znowu doskonały, o 7dmej coprawda sie nie da wyruszyc z powodu zimna ale po 9tej już grzeję do góry obczaić wariant Kukuczki z 77roku jak to nazywam czyli przejscie na stronę Diamir kolo "wieży" na 7400m. Szybko osiągam depozyt i trawersuje pod "wieżę" ale złudzenia mijają i żleb który z dołu zachecajaco bardzo sie wydawał okazuje sie za stromy zeby bez poreczówki sie tu błąkać... i wogóle odstrasza troche ilosc luźnych kamieni na śniegu które spadły z góry ... mimo wszystko wydaje mi sie to dobra drogą na przyszłość ... wracam do depozytu i idę na lewo jak wszyscy poprzednicy co tu dotarli. "Na rogu" odnajduję dziwne miejsce które z oczywistego powodu ma wywiany śnieg (szczelina łapie wiatr a jej koniec konczy sie na skale wiec tam wywiewa ... rozmiar tej formacji prezentuje siły jakie tu panują jeśli wieje )... Ale nie wieje... jest piękny wieczór, pod nami przełęcz Mazeno a przed nami zachodzące słonce i najwyzsze partie grani mazeno. Ze mną jest Pablo ale nie ogląda tego spektaklu bo zacięcie ryje kolejna dziurę w sniegu (w razie draki można przetrwac w dziurze niezłą zawieruche a tu na podad 7 klockach juz nie przelewki ). Czujemy sie bezpiecznie, "jest Bosko". Na radio włosko hiszpanski ze strony Diamir (duzo damskich głosów ), Pablo spi w dziurze ja w szturmówce jest zimno ale nie ma tragedii... do rana kiedy jest juz rzeczywiscie zimno (wkoncu moge przetestowac najnowsza wersje elektrycznych grzałek DIY  ( 6cio watowych z baterią litową) ... ale wychodzimy do góry na lekko ... forma jest ale tępa nie ma ... powoli powoli i coraz wolniej ... i już zaczyna być wiadomo że takim tempem to możemy se o szczycie marzyć... dochodzimy na lotnej do końca oczywistego śniegu, grzałki mnie parzą, nos szczypie, warunki są dalej dobre, niewielki wiatr... Pablo grzebie przy butach, wychodze jeszcze kawałek byle tyko usiąśc sobie na kawałku kamienia wyżej bo wiem że to game over... 23 stycznia chyba jakoś. Wiem ze nie ma szans na takie okno juz w tym roku... ale nie chce mi sie płakać... jest cudownie, magia przestrzeni i coraz blizej epicentrum mocy wszechswiata...  schodzimy do C3 gdzie jest też Kudłaty... wieczorem sms od luka ze nie widzi pogody (dzien wczesniej na radiu Alex tez informowal ze sie konczy słońce)... Przeblyskuje mysl o powrocie ze przeciez my z innego swiata i pojawiaja sie wspomnienia o dzieciach ktore czekają wiec to zejscie juz bedzie inne, bardziej ostrożne, z pragnieniem nasycenia się tym pięknem ... nastepnego dnia przez 10 godzin schodzimy, zostawiamy zaopatrzone C4, depozyt kolo C3, depozyt w C2, wszystkie liny etc ... zgarniamy tylko co cenniejsze sruby i karabinki... po 10h jestesmy w bazie ...

i koniec histori
jak lezalem z kompem na kolanach tak leże, chlopaki wrocili i se siedzimy w sercy Pindi...

po stronie życia
przeciwko śmierci
wbrew ciemnościom i medialnej kurtynie 

Brak komentarzy: